środa, 29 października 2014

Chlebek dyniowy z żurawiną

Każdego roku, gdy tylko przychodzi jesień, obowiązkowo piekę chlebek dyniowy.
Znacie już dobrze mój ulubiony, z Nutellą, który robiłam również w formie małych, słodkich muffinek.
Dla miłośników banana (to ja, to ja!) oraz zdrowych (no, zdrowszych) wypieków przygotowałam w zeszłym roku dyniowo-bananowy chlebek razowy, z płatkami owsianymi.
By tradycji uczynić zadość - tej jesieni na śniadanie (podwieczorek i kolację) również zajadamy się dyniowym ciachem. :)
Korzennym, wilgotnym, ciężkim dyniowym chlebkiem z miękkimi kuleczkami słodkiej, suszonej żurawiny...
Żeby było fajniej, chlebek wcale (nie)musicie zjadać od razu. ;) 
Najlepszy jest bowiem na drugi, a nawet trzeci i czwarty dzień!
Bardziej wyrazisty w smaku, konsystencji, zapachu...
Esencjonalny.
Trochę jak piernik, choć...zdecydowanie lepszy. ;)
Gruba kromka posmarowana delikatnym serkiem ricotta to idealny sposób na rozpoczęcie chłodnego, listopadowego poranka...
A jeśli do tego macie ulubioną kawę (ostatnio zakochałam się w zbożowej Caro) i niewielki słoiczek Nutelli....to jesteście gotowi, by stawić czoła każdej jesiennej (nie)pogodzie! :)
Lekko zmodyfikowany przepis na ''Ciasto dyniowe farmera'', z Małej Cukierenki.
Chlebek dyniowy z żurawiną
/keksówka 22x11, ok 12-15 kromek/
(wartość energetyczna kromeczki - ok. 200 kcal)


  • 200 g  mąki 
  • 150 g cukru (użyłam cukru pudru) 
  • 80 g suszonej żurawiny 
  • 1 łyżeczka sody 
  • 1 łyżeczki mielonego cynamonu 
  • 3/4 łyżeczki gałki muszkatołowej 
  • 1/2 łyżeczki mielonych goździków 
  • duża szczypta mielonego imbiru 
  • szczypta soli 
  • 2 jajka 
  • 180 g puree z dyni (jak je zrobić napisałam TU)
  • 110 ml oleju
1. Piekarnik nastawić na 180oC na funkcji góra-dół.
2. Mąkę z sodą przesiać i wymieszać z przyprawami, cukrem, solą. Dodać żurawinę, wymieszać.
3. W drugiej misce wymieszać dobrze łyżką jajka, puree z dyni i olej.
4. Mokre składniki dodać do suchych i krótko wymieszać łyżką, tylko do połączenia się składników.
5. Ciasto przełożyć do keksówki o wymiarach wyłożonej papierem do pieczenia. Wyrównać i wstawić do nagrzanego piekarnika. Piec przez około 50 minut.
Podawać jak ostygnie, pokrojone na grube kromy. :)


Macie ochotę na dyniowe chlebki, wymienione w czołówce wpisu? ;)
Znajdziecie je, klikając w zdjęcia poniżej!
http://teczawsloiku.blogspot.com/2013/09/razowy-chlebek-dyniowo-bananowy-z.htmlhttp://teczawsloiku.blogspot.com/2012/09/chlebek-dyniowy-z-nutella.html 
http://teczawsloiku.blogspot.com/2013/09/babeczki-dyniowe-z-nutella-i-uroczy_28.html

I jeszcze taka mała niespodzianka... ;)

poniedziałek, 13 października 2014

Ciastka kokosowe z karmelem - najlepsze (i najsłodsze!) na blogu

Wiem, że ostatnio strasznie zaniedbałam bloga, ale ciągle brakuje mi czasu, wiecznie gdzieś gonię, przesiadając się jedynie z fotela asystentki stomatologicznej na fotel w autobusie, siedzisko w tramwaju, czy krzesło przy szkolnej ławce.
Ostatnio, moja jedyna internetowa aktywność (poza wstawieniem selfie w lustrze na instagrama - klik) to sprawdzenie pogody na następny dzień, by wiedzieć, jak się ubrać, gdy wstaję o 5:30 do pracy lub szkoły. 
A i tak, do domu wracam z zimową kurtką i szalikiem pod pachą.
I tak w koło Macieju.
Z tego wszystkiego zapomniałam, że miałam Wam pokazać genialnego bananowca, najlepsze na świecie ciastka, ulubione, październikowe śniadanie, czy też mój sobotni obiad. 
Wspomniane ciastka obiecywałam już na fejsbuku (klik), nieśmiało przyznam, że ponad tydzień temu (...).
Lubicie batonik Twix?
Albo tzw. ''kruche ciasto milionera''?
No to powiem Wam, że TE ciastka...nie mają z nimi (prawie) nic wspólnego. ;)
Chyba, że karmel i kruche ciasto.
Poza tym - są o NIEBO lepsze od wszystkiego, co znacie. :) 
Chrupiące, kokosowe, z lepką, ciągnącą się, karmelową polewą....
A jak pachną przy pieczeniu - ODLOT
Skoro ja uważam, że to NAJLEPSZE ciastka na blogu, to oczywiście tak jest musicie być przygotowani na
MAKSIMUM słodyczy.
Jest to jednak całkiem ok (dla Waszej figury!), bo pewnie nie od razu sięgniecie po drugi kawałek.
No, a przynajmniej (nie) tego samego dnia. :) 
Polecam upiec nawet w tej chwili - robią się błyskawicznie!
Przepis podpatrzony w Małej Cukierence.
Ciastka kokosowe z karmelem
/ok. 20 ciastek/
(wartość energetyczna ciacha - ok. 250 kcal)

Ciasto kruche:
  • szklanka mąki 
  • 1/2 szklanki wiórków kokosowych
  • 1/2 szklanki cukru
  • 110 g masła
Polewa karmelowa:
  • 2 kopiaste łyżki miodu
  • 90 g masła
  • 400 g skondensowanego mleka słodzonego
1. Piekarnik nastawić na 190 stopni. Ciasto kruche:
2. Masło roztopić i wymieszać razem wszystkie składniki na ciasto (powstaną sypkie okruchy).
3. Blaszkę o wymiarach 20x30cm lub 25x25cm wyłożyć papierem do pieczenia. Brzegi papieru powinny wystawać poza formę.
4. Wymieszane składniki na ciasto przekładamy do blaszki, równomiernie rozprowadzamy i dobrze dociskamy. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy przez około 15-20 minut, aż ciasto się przyrumieni. Piekłam na drugim od dołu poziomie piekarnika.
Polewa: 5. Masło roztopić. Wszystkie składniki na polewą przełożyć do rondelka z grubym dnem, wymieszać i doprowadzić do wrzenia. Trzymać na małym ogniu przez około 7 minut,  mieszając, aż polewa troszkę zgęstnieje.
6. Polewę rozprowadzić równomiernie na podpieczonym spodzie i blaszkę wstawić do piekarnika na około 15-20 minut. Pieczemy, aż polewa zbrązowieje (trzeba obserwować, żeby nie przypalić, moje ciastka wyszły dosyć ciemne).
7. Po wyjęciu z piekarnika odstawić na 15 minut do przestygnięcia. Następnie nożem trochę nacinamy ciasto, zaznaczając porcje, będzie nam wtedy łatwiej je pokroić (ponieważ polewa stwardnieje). Ciasto odstawić do całkowitego ostygnięcia na 2-3 godziny. 

I tylko gdzieś po drodze okazało się, że przyszedł październik...
Rzeczka, spacer na Wielką Sowę

selfie/outfit

krem orzechowo-kakaowy z kawałkami orzeszków <3

'odchudzony' krem czekoladowy z Biedry (250 kcal/100 g)

tosty francuskie z chałki, czyli moje ulubione, październikowe śniadanie <3

środa, 1 października 2014

(De)sernik ze śliwkami - na słodki październik

Końcówka września, to jakiś istny koszmar.
Co byście zrobili, gdyby nagle odpadły Wam (prawie) wszystkie wolne dni, na jeden rok?
Ja właśnie nie wiem, więc dopijam drugą kawę z trzech łyżeczek, do pracy zabieram energy-drinka, w drodze do domu kupuję sobie kwiaty (które okazują się chryzantemami) i pytam...jak żyć?
Oraz...kiedy piec?
W ostatni (wolny) weekend września, dla odstresowania upiekłam sobie (i rodzinie) genialny sernik.
Właściwie desernik, bo trochę za niski na sernik, w deserowej porcji, ale wciąż z sera.
Poza tym, ze śliwkami, choć właściwie z puree śliwkowym, bo śliwki usmażone i zmiksowane, ale wciąż śliwkowe.
I tworzą ładne esy-floresy.
Dość pitu pitu - sernik czy desernik - ciasto jest przepyszne, serio.
Zniknęło w jedno popołudnie,bo każdy chciał spróbować (ale nie każdy jeszcze mógł ;)) i niech to będzie najlepszą rekomendacją.

Przepis z Kwestii Smaku, beszczelnie kopiuję ze strony, od Asi.
Desernik śliwkowy
/forma 20x30, ja zmniejszyłam proporcję bo robiłam w formie 23x23/
(wartość energetyczna porcji - ok. 250 kcal)

Ciasto kruche na spód:
200 g mąki pszennej
80 g mąki ryżowej (lub ziemniaczanej)
szczypta soli
2 łyżki cukru
170 g zimnego masła
kilka (około 5 - 6 łyżek) zimnej wody

Masa serowa:
500 g sera, zmielonego twarogu (użyłam z wiaderka, twaróg ''Jana'')
3/4 puszki (o wadze 533 g, np. Gostyń) słodzonego mleka skondensowanego
2 jajka
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (niekoniecznie)

+ do masy dodałam jeszcze 2 łyżki mąki pszennej, bo wydawała mi się rzadka trochę

Mus śliwkowy:
250 g śliwek, wypestkowanych i pokrojonych na kawałki
2 - 3 łyżki brązowego cukru (użyłam zwykłego, białego)

Przygotowanie:

  • Ciasto kruche na spód: obydwie mąki przesiać razem do miski, dodać sól, cukier i pokrojone na kawałki zimne masło. Palcami rozetrzeć masło z mąką. Szybko zagnieść ciasto, formując kulę, dodając po łyżce ziemnej wody. Zawinąć w folię i włożyć do lodówki na minimum 20 minut.
  • Wyciąć dwa arkusze papieru do pieczenia, większych niż forma do pieczenia. Schłodzone ciasto włożyć pomiędzy dwa arkusze papieru i rozwałkować na placek. Przenieść bezpośrednio do formy i odlepić górny arkusz. Jeśli ciasto nie jest równomiernie rozwałkowane lub się porwało, można dokleić brakujące miejsca palcami. Spód podziurkować widelcem i wstawić do schłodzenia do lodówki na minimum pół godziny (lub do zamrażarki jeśli się nam spieszy). Piekarnik nagrzać do 220 stopni. Formę z zimnym ciastem wstawić do nagrzanego piekarnika i piec na złoty kolor przez około 25 - 30 minut.
  • Mus śliwkowy: na patelnię włożyć śliwki i brązowy cukier, smażyć przez około 2 - 3 minuty, aż śliwki zmiękną i pokryją się syropem z cukru. Przełożyć do blendera i zmiksować (razem ze skórkami) na gładki mus, ostudzić.
  • Masa serowa: piekarnik nagrzać do 170 stopni. Do misy miksera włożyć twaróg i mascarpone, zmiksować na gładką masę. Na małych obrotach miksera zmiksować masę z jajkami a następnie z mlekiem skondensowanym i wanilią. Miksować tylko do połączenia się składników w jednolitą masę.
  • Masę serową wylać na upieczony kruchy spód. Łyżeczką od herbaty wyłożyć mus śliwkowy, starając się "kłaść" go na powierzchni, a nie zanurzać w masie serowej. Cieniutkim patyczkiem lub najlepiej wykałaczką zrobić kilkanaście ósemek w masie serowej, rozprowadzając mus po całej powierzchni, tworząc jednocześnie fantazyjne wzorki.
  • Wstawić do piekarnika i zmniejszyć temperaturę do 160 stopni. Piec przez 30 minut, aż masa zastygnie i nieco podniesie się na bokach i zrumieni. Po upieczeniu, wyłączyć piekarnik, uchylić drzwiczki a po 5 minutach otworzyć cały piekarnik i wysunąć sernik. Całkowicie ostudzić i wstawić do lodówki do zastygnięcia na około 4 godziny lub na całą noc. Jeśli przechowujemy sernik w lodówce, przed podaniem należy wyjąć go minimum pół godziny - godzinę wcześniej, aby spód zmiękł (będąc w lodówce twardnieje ze względu na dużą zawartość masła

poniedziałek, 29 września 2014

Central Cafe - najlepsze śniadanie we Wrocławiu

Pamiętam, że jak tylko otwarto tą uroczą, śniadaniową knajpkę, (chyba jako jedną z pierwszych, we Wrocławiu) marzyło mi się, by zjeść tam śniadanie.
Prawda jest jednak taka, że bez zjedzenia rano czegokolwiek nie wyjdę domu, tym bardziej w niedzielę, kiedy wstając o 12, jedyne o czym marzę to ogromna jajecznica (i duuużo wody ;) ).
Oczywiście, Central Cafe (http://centralcafe.pl/site/) udało mi się w końcu odwiedzić kilkakrotnie, pochłaniając na kolacje ciepłego, cynamonowego bajgla z indykiem i konfiturą tuż przed kinowym seansem (kawiarenka jest vis a vis kina Nowe Horyzonty!), czy zamawiając najlepszą gorącą czekoladę, jaką kiedykolwiek w życiu piłam (i nie ma w tym grosza przesady, sami sprawdźcie!). 
Dalej jednak nie miałam okazji wypróbowania porannego menu, a na zamówienie apetycznej gigant-wieżyczki śniadaniowych placuszków o godzinie 19 pewnie nie znalazłabym żadnego usprawiedliwienia... ;)
Tym razem jednak było inaczej.
To znaczy, dalej nie znalazłam usprawiedliwienia, ale...udało mi się zjeść porządne śniadanie o porządnej, śniadaniowej porze! :) 
Wszystko, dzięki wspaniałemu portalowi Uroda i Zdrowie, który po raz kolejny (pamiętacie TEN wpis o restauracji Zielona?) umożliwił mi przetestowanie takich pyszności, w ramach akcji ''Blogerzy smakują''.
Rzecz jasna, nic nie odbyłoby się bez wiedzy (i zgody!) właścicieli ów śniadaniarnio-kawiarni, za co bardzo, bardzo dziękuję! :)
Central Cafe odwiedziłam wraz z moją przyjaciółką (i najfajniejszym fotografem!) w niedzielę (!), o 10:30 (!!), specjalnie w tym celu przeznaczając sobotni wieczór na oglądanie meczu Polska-Niemcy (no i może jedno, malutkie martini.. ;)).
Już z daleka, widok zapełnionego ogródka na zewnątrz kawiarni, informowała nas że ''tu można dobrze zjeść'', jednocześnie budząc nadzieję, na znalezienie wewnątrz wolnego miejsca.
W środku zatem, powitał nas zapach świeżo parzonej kawy, uśmiech pana zza baru oraz...komplet zajętych stolików.

Niezrażone tym faktem, dokonałyśmy swojego zamówienia, które składało się 
 z:
- dowolnie wybranego bajgla z menu (zdecydowałam się na na najbardziej intrygującą pozycję: boczek teryiaki + serek daktylowy) (11,50zł)
- dwóch, ulubionych kaw (latte + latte) (2x9 zł)
- upragnionej, plackowej wieżyczki (17zł), ze specjalnie dobraną kompozycją dodatków, które miała być niespodzianką... :)
W międzyczasie zwolniło się nam najlepsze miejsce w knajpce i przy akompaniamencie naszych burczących brzuchów i piosenek Justina Timberlake'a (moja fanatycznie zakochana w nim towarzyszka, była wprost zachwycona!), oczekiwałyśmy na pyszne śniadanko.
 
Już po chwili, na naszym stole pojawił się ciepły, przekrojony na pół, pełnoziarnisty bajgiel (zapomniałyśmy same wybrać rodzaj pieczywa, ale w kawiarni możecie przebierać między pszennym, razowym, cynamonowym z żurawiną, czy nawet cebulowym!), wypełniony chrupiącym, grillowanym boczkiem, liściem kruchej sałaty lodowej oraz zaskakującym w smaku (ostro-kwaśno-słodki?) serkiem daktylowym.
Bajgiel świetnie smakował popijany pyszną, delikatną latte, otuloną lekką, kremową pianką...
 Czas jakby zwolnił bieg, świat zatrzymał się w miejscu, rozmowy na chwilę zawisły, a apetyt...się zaostrzył. ;)
Nie musiałyśmy długo czekać, bo nagle naszym oczom ukazał się talerz (a właściwie ciężka, żeliwna patelenka?) z pokaźną wieżyczką (nie, wieżą!) grubaśnych pankejków przykrytych tęczą owoców (w tym figi i pitaja!).
Całość hojnie oblana ukochanym, zagęszczonym mlekiem... 
Zdążyłam tylko palnąć głupie ''o kurde!'' i już zabierałyśmy się do podziału tego plackowego 'tortu'...
Puchate placuchy (nawet podzielone na pół) okazały się nie tylko bardzo smaczne, ale też...niesamowicie sycące!
To wprost idealna porcyjka dla jednej wygłodniej (np.po sobotnich wojażach) osoby lub dwóch łasuchów, które właśnie zjadły smakowitego, chrupiącego bajgla. :)
Jakby tego było mało, po obfotografowaniu wszystkich zakamarków Central Cafe oraz obowiązkowej selfie w wielkim lustrze kawiarni, ustawiłyśmy się w kolejce po...jeszcze! ;)
 Na słodką pamiątkę, zamówiłyśmy na wynos świeżutkiego croissanta z marcepanem (3,50zł), chodź gdybyśmy tylko mogły, z chęcią zabrałybyśmy wszystkie smakołyki, pyszniące się zza szklanej gabloty (widzicie TE ciasta i desery?!).
 Oczywiście, nic nie stoi temu na przeszkodzie, a jest tylko sensownym powodem do kolejnych odwiedzin tego klimatycznego, niezwykłe przytulnego miejsca... :)
Z czystym sumieniem, oświadczam, że Central Cafe zdecydowanie znajduje się na pierwszym miejscu, wśród moich ulubionych miejsc na kulinarnej mapie Wrocławia.
Założę się, że zauroczy i Was!
Nawet, jeśli nie wychodzicie z domu bez śniadania to...na drugie śniadanie, lunch, deser czy kolacje - wstąpcie właśnie tam! :)

Central Cafe
ul. Św. Antoniego 10,
50-073 Wrocław

kontakt@centralcafe.pl
tel. 71 794 96 23
strona: http://centralcafe.pl/site/
fejsbuk: https://www.facebook.com/centralcafepolska

wtorek, 23 września 2014

Domowe burgery z wołowiną i chutney ananasowy - przepis na bułki, mięso i sos

W sumie to nie jestem jakąś wielką fanką burgerów.
W sumie to nawet nie jara mnie ten cały burgerowy boom i to, że coraz nowsze burgerownie oraz miejsca, gdzie burgery serwują, pojawiają się we Wrocławiu jak grzyby po deszczu.
W sumie to miałam nawet plan odwiedzać wszystkie te miejsca, testować i porównywać burgery, ale zaszłam do dwóch knajp, zjadłam w jednej i plan zniknął tak szybko, jak się pojawił.
Dość prędko zorientowałam się, że burger na obiad to słaby pomysł, tym bardziej na kolację, no a wielka, sucha buła to nic innego jak bezwartościowe, zapychające węglowodany. Mięso jest ok, ale w burgerowej ilości jest po prostu...ciężkie.
Bo i nie da się ukryć, burger zawsze będzie ciężkim, kalorycznym i dość tłustym (fast) foodem.
Tym bardziej nie byłam przekonana, gdy koleżanka zaproponowała mi wspólne robienie domowych burgerów, w dodatku po godzinie 16, w sam raz na kolacje.
Ok, pomyślałam, kupi się dobre mięso, znajdzie fajny przepis, usmaży kotlety i - niech stracę - zjem to wszystko w plastykowej bułce z plastykowej torebki z napisem ''Bułki do hamburgerów''.
 Potem mnie olśniło, bo przecież piec lubię bardziej, niż gotować i upieczenie własnych, burgerowych bułeczek wydało mi się wyjściem z opresji.
Bułeczek świeżutkich, puszystych i miękkich, lekko słodkich i posypanych chrupiącym sezamem...
Wprost wypieczonych do duetu z soczystą wołowiną i krucha sałatą! ;)
Zamiast majonezowej bomby cholesterolu - słodko-ostry chutney ananasowy.
Taki ''fast'' food, to ja rozumiem - nawet, jeśli robi się go 4 godziny! ;)
Poniżej więc przepis(y). 
I na bułeczki, i na mięsko, i na najlepszy, ananasowy chutney do mięsa (świetny również do indyka i kurczaka!)
Bułeczki hamburgerowe (przepis Marthy Stewart)
/8 dużych bułeczek/
(wartość energetyczna 1 bułki - ok. 220 kcal)
  • 3/4 szkl cieplej wody
  • 1/3 szkl mleka w proszku
  • 2 łyżki masła, roztopionego i ostudzonego
  • 1,5 łyżki cukru
  • 3/4 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka drożdży instant
  • 1 jajko
  • 2,5 szklanki mąki
Do posmarowania bułek:
1 żółtko +1 łyżka mleka +sezam


Wodę, mleko, masło i cukier umieścić w misce i wymieszać. Dodać drożdże, zamieszać i odstawić na 10 minut.
Dodać jajko, połowę mąki i sól, zagnieść (można mikserem).
Powoli dodawać resztę mąki.
Zagnieść gładkie ciasto – powinno być elastyczne i się nie lepić, ale nie należy dodawać zbyt dużo dodatkowej mąki.
Ciasto przełożyć do miski, przykryć ściereczką i odstawic do wyrośnięcia na 45 minut.

Po tym czasie uformować 8 bułeczek, które należy po uformowaniu w kulkę, spłaszczyć dłonią.
Bułeczki ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, przykryć ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na 45 minut.

Piekarnik nagrzać do 200 st C.
Wyrośniete bułeczki posmarować żółtkiem wymieszanym z mlekiem, posypać sezamem, wstawić do piekarnika i piec 13-15 minut.
Po upieczeniu ostudzić.

Mięsko wołowe, do burgerów (przepis z Kwestii Smaku)
/20  kotlecików/
(wartość energetyczna 1 kotlecika - ok. 90 kcal)
  • 1 kg mielonej wołowiny
  • 1 por
  • 1-2 łyżki klarowanego masła (lub oliwy)
  • listki z kilku gałązek natki pietruszki
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 jajka
  • 2 łyżki (30 ml) sosu sojowego
  • 1 łyżeczka suszonego oregano
  • 1 łyżka oliwy extra
  • sól i pieprz
  • oliwa (około 3 łyżek) do obtoczenia burgeró
  • Mięso pokroić na kawałki. Odciąć zielone liście pora, pozostawić białą i jasnozieloną część. Przekroić wzdłuż na pół i dokładnie opłukać pod bieżącą wodą. Osuszyć i pokroić na plasterki. Roztopić masło na patelni, dodać pory, szczyptę soli i mieszając od czasu do czasu zeszklić je przez około 10 minut nie rumieniąc. W połowie smażenia można przykryć patelnię pokrywką aby pory szybciej zmiękły.
  • Mięso zmielić maszynką z sitkiem o małych oczkach (ale nie najmniejszych). Razem z mięsem zmielić też pory, natkę pietruszki i czosnek. Do zmielonego mięsa dodać jajka, sos sojowy, worcester lub ostrygowy, suszone oregano, oliwę extra vergine. Doprawić solą i świeżo zmielonym pieprzem. Wyrobić ręką i uformować około 20 burgerów. Do miski po mięsie wlać oliwę, brać kolejno w dłonie burgery i smarować je oliwą, odkładać na tackę.
  • Rozgrzać dobrze dużą patelnię i położyć pierwszą partię burgerów. Smażyć na dużym ogniu przez około 4 minuty, następnie przełożyć na drugą stronę i smażyć kolejne 4 minuty. Burgery powinny pozostać soczyste w środku. Zbyt długie smażenie może niepotrzebnie wysuszyć mięso. Czas smażenia powinien być dopasowany do wielkości i grubości kotlecików.
  • Burgery odłożyć na talerz i ostudzić, podczas studzenia z burgerów wycieka sok, co jest oznaką soczystości mięsa. Można przechowywać w lodówce przez około 2 - 3 dni lub zamrozić. Jeśli przygotowujemy burgery na odgrzanie, wówczas podczas smażenia nie musimy całkowicie ich wysmażać, dosmażą się bowiem podczas odgrzewania.
Chutney ananasowy do burgerów
/wychodzi go dość sporo, starczy spokojnie na 8 burgerów/
  • 500 g świeżego ananasa pokrojonego w kosteczkę (1 ananas)
  • 4 łyżki wody
  • 6 łyżek cukru
  • 3 łyżki soku z cytryny
  • 1 łyżeczka startej skórki z limonki
  • szczypta soli
Pokrojony w drobną kosteczkę miąższ ananasa włożyć do rondelka, dodać resztę składników oprócz dżemu. Gotować przez około 1 godzinę lub do czasu aż ananas zmięknie i powstanie gęsty sos z kawałkami owoców. Na koniec dla zwiększenia objętości salsy i złagodzenia smaku można dodać dżem ananasowy, wszystko razem wymieszać i gotować przez 3 minuty.

sobota, 20 września 2014

Dżem bananowo-ananasowy + My OUTFITS - w co się ubieram?

Muszę przyznać, że mieliście nie lada wyzwanie z odgadnięciem zawartości słoiczka, którego zdjęcie opublikowałam jakiś czas temu na fejsbukowym fanpejdżu Tęczy w słoiku. ;)
Oczywiście, mój najnowszy dżem to nie żadne mango, dynia, czy żółte pomidorki  - tylko znany i lubiany BANAN z tropikalnym dodatkiem ananasa. :)
Konfitura jest słodka, lecz nie przesłodzona, bo robimy ją z już dojrzałych, słodkich owoców (tylko dla wytrwałych - banany muszą być czarne - albo przynajmniej czarnawe! ;)).
Świetnie smakuje na świeżym, chrupiącym rogaliku posmarowanym masłem. 
Idealna do naleśników, placuszków, twarożków, owsianek i wyjadania prosto ze słoiczka.
Obowiązkowa pozycja w spiżarce każdego banano-żercy! ;)
 Do zrobienia tego przetworu zachęcił mnie przepis stąd, a więc cytuję za autorką. :)
Dżem bananowo-ananasowy 
/2 - 3 średnie słoiczki/
(wartość energetyczna jednego słoika - ok. 600 kcal)
  • 1 dojrzały ananas (jest dojrzały, kiedy ananasowo pachnie i jest żółty)
  • 4 banany (bardzo dojrzałe)
  • sok z połowy cytryny
  • 3/4 szklanki cukru
Ananasa obrać, wydrążyć środek i pokroić w drobną kostkę. Przełożyć do garnka, dodać kilka łyżek wody oraz cukier i podgrzewać na małym ogniu aż owoce zaczną puszczać sok. Na tym etapie należy przykryć garnek pokrywką, do chwili aż ananas puści sok (około 10 minut). Po tym czasie zdjąć pokrywkę i gotować aż sok odparuje, a owoce zaczną się rozpadać, potrwa to pewnie około 30-50 minut w zależności od dojrzałości ananasa.
Po tym czasie banany obrać, pokroić w grubsze plastry, dodać do ananasa i sok z cytryny. Gotować jeszcze parę minut, do uzyskania odpowiedniej konsystencji.
Gotową, jeszcze gorącą konfiturę przełożyć do wyparzonych słoików, pasteryzować 10-15 minut.

Ponieważ często pytacie mnie nie tylko o jedzenie, ale też o tysiąc innych tematów totalnie niekulinarnych, postanowiłam poruszać je tu, na blogu. :)
Niejednokrotnie prosiliście mnie o prezentacje moich ubraniowych''outfitów'', co w dzisiejszej notce postaram się spełnić. ;)
Jestem totalnym maniakiem zakupowo-ubraniowym, jednak nie wydaję na to fortuny! 
Mam kilka swoich ulubionych sieciówek, w których...kupuję rzadko!
Natomiast obładowana torbami (dosłownie!) wychodzę z...second-handów! ;)
Czasem obawiam się, że popadłam w niemałe uzależnienie, kiedy piąty raz w tygodniu (czyżby to był piątek?) przegrzebuję wieszaki w poszukiwaniu perełek za grosze, absolutnie zawsze coś kupując.
Poniżej przedstawiam Wam kilka zestawów (i zdobyczy) z ostatnich, ciepło-jesiennych dni... ;)
moja ostatnie 'zdobycze', pasek założony w zestawie powyżej ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...